Dzięki wydatnej
pomocy (w uzyskaniu możliwości startu i kontaktu z organizatorami,
zdobycia nr startowego, załatwienie noclegów itd.) obecnie najlepszego
polskiego menadżera lekkoatletycznego Czesława Zapały (kiedyś razem
ścigaliśmy się na biegowych trasach, gdy był on zawodnikiem Chemika
Kędzierzyn Koźle) i jego córki Anny, oraz pomocy finansowej mojego
macierzystego klubu LZS "Tarchalanka" Tarchały Wielkie, Urzędu Miasta i
Gminy Odolanów oraz macierzystego Zakładu Pracy - Opolskiego Zakładu
Przewozów Regionalnych (w którym jestem już 28 rok kierownikiem pociągu)
miałem możliwość startu w zawodach w Japonii, a dokładnie w biegu na
dystansie 27,2 km rozgrywanego w ramach 35 Internationale Lake Kawaguchi
Marathon.
Wykupiłem jeszcze w październiku najtańszy bilet w Biurze Podróży "Fun
Fly" za 2450 zł z Berlina przez Moskwę (lotnisko Szeremietiewo) do
Tokio. Na zawody wyjechałem w środę 24.11.br. pociągiem pospiesznym
(przypadkowo z Wrocławia jako Kierownik pociąg prowadził mój brat
bliźniak - Jan 63) z Opola do Poznania gdzie noc - 5 godz. przespałem w
Drużynach konduktorskich w stacji Poznań Główny i dalej znowu 5 godz.
przez Zbąszynek, Rzepin, Frankfurt/O na lotnisko w Berlinie.
Stąd 25.11.br. o 14:05 leciałem Rosyjskimi liniami lotniczymi "Aeroflot"
do Moskwy. Tam po 2,5 godz. przerwy o godz. 20:00 znowu tymi samymi
liniami 9,5 godz. lotem do stolicy Japonii gdzie wylądowaliśmy o 11:30
następnego dnia (26.11.br.)

Dalej (już przy dużym zmęczeniu i straconej nocy poprzez loty i 8-mio
godzinne przesunięcie czasowe) z lotniska w "Naricie" udałem się 6
lokalnymi pociągami przez Tokio do miasteczka Lake Kawaguchi (ok. 110 km
na zachód od stolicy). Na miejsce dotarłem wieczorem po ok. 5:5
godzinie (niewiele sprawniejszej podróży niż na PKP, można to porównać
gdy się jedzie ok. 180 km 6 pociągami ponad 5 godzin). Tam do biura
zawodów poszedłem ok. 2 km pieszo, gdzie dopiero wszystko ustawiano na
niedzielne zawody, więc nr startowego nie odebrałem (powiedzieli, że
jutro)
Poszedłem więc brzegiem jeziora jeszcze niecały km do załatwionego przez
państwa Zapałów hotelu "Roote Inn Kawaguchiko". Po załatwieniu
zameldowania i zapłacie 6600 Yen (ok. 70 USD), kąpieli, swojej kolacji i
zażyciu zaleconej (na zmianę stref czasowych) przez lekarza
"Melatoniny" poszedłem wreszcie padnięty spać. Następnego dnia
(27.11.br.) rano zjadłem w restauracji hotelowej śniadanie i po
obejrzeniu w TV (na programie NHK) relacji z odbywających się w tym
czasie Igrzysk Azjatyckich z maratonu kobiet poszedłem na krótki, ok.
8.km trening. Około południa poszedłem po nr startowy (zmieniając
dystans z maratonu, do którego byłem zgłoszony na bieg krótszy - 27,2
km).

Pakietu startowego nie otrzymałem (dostawali go tylko biegający pełny
maraton), ale uprosiłem o nie płacenie wpisowego (7000 Yen - ok. 73 USD )
i udało się. Potem przenosiny (przyjechał po mnie właściciel) do Motelu
"Marutomi-so" w Katsujamie ok. 4 km od miejsca startu, stamtąd na
"wyciągnięcie ręki" była najwyższa góra Japonii "Fujijama". Po
przyjeździe w TV obejrzałem znowu maraton mężczyzn na "Asia Games".
Wieczorem o 17:00 dla uczestników maratonu była wspólna kolacja przy
japońskich (ok. 30 cm wysokości) stołach siedząc w "kucki" no i jedzenie
zamiast sztućcami - patyczkami…
Po przespanej dobrze nocy następnego dnia (28.11.br. - niedziela) o 5:00
było podobne śniadanie i o 6:30 wyjazd na start. Po zajechaniu zrobiłem
trochę fotek i "poleciałem" na szybką ok. 25.min. rozgrzewkę no i o
7:30 był start.
Na starcie było dość wąsko i trzeba było wcisnąć się gdzieś bliżej czoła
(a i tak do linii startu straciłem równe 30 sek., no i na 1.km był po
prostu "slalom" przy wyprzedzaniu). Pierwszy km miałem ok. 4:25 min. (z
tą 30.sek. i na wyprzedzanie - stratą). Do 3 km biegliśmy wprost na
"Fuji...", potem o 180 stopni nawrót (gdzie policzyłem ilu mnie
wyprzedza z niebieskimi numerami - biegnących na moim 27.km dystansie,
było ich przede mną 9, więc już byłem zadowolony).

Po przebiegnięciu ok. 12 km wbiegaliśmy na most łączący dwa brzegi
jeziora "Kawaguchiko". Za mostem minąłem dwóch zawodników, potem przed
15 km jeszcze dwóch, i na 16 km dogoniłem kolejnych dwóch. Wzmacniając
tempo biegu próbowałem ich "zgubić", jednak ci się ostro trzymali. Tak
do ok. 23 km, potem jeden zaczął "odpuszczać" i za 25 km zostałem z
jednym, który jednak nie chcąc wychodzić na zmiany. Zrobił to dopiero na
ostatnich 300 metrach i tak minęliśmy linię mety na 4 i 5 miejscu (ja
zająłem to lepsze 5, gdyż jak wiadomo 4 miejsce to najgorsze w sporcie).
Mój końcowy wynik to równe 1:47:00 godz. Na mecie byłem bardzo
zadowolony, nie tylko z miejsca, ale i z tempa biegu, które było
praktycznie rosnące od startu do mety, bez najmniejszego kryzysu. A
właśnie obawiając się jego gdzieś za 30 km zrezygnowałem ze startu na
pełnym maratońskim dystansie. Obawy te moje były "podparte" tegorocznymi
niezłymi startami na dystansie półmaratońskim (brązowy medal w
Mistrzostwach Polski w biegu pustynnym na tym dystansie, niezły start w
1.Półmaratonie Opolskim na wynik ok. 1:20 godz. no i bardzo dobre – 15
miejsce w Mistrzostwach Polski w Pile z wynikiem poniżej 1:20 godz.).
Maratonu w tym roku dobrze nie pobiegłem (bo 3:04 godz. w Maratonie
Ostrowskim nie można uznać za sukces ) i dlatego w Japonii z niego
zrezygnowałem nie chcąc ryzykować jakimś "blamażem", a tym samym zawodem
dla wielu pomagających mi w tym wyjeździe osób.

W biegu na tym drugim dystansie biegało ok. 2440 zawodników (w maratonie
więcej, bo ok. 3720). Medali za ukończenie nie było podobnie jak kat.
wiekowych (a szkoda bo bym wygrał swoją M40), był tylko w kilka sekund
wydrukowany dyplom na podstawie nr startowego.
Po biegu zrobiłem ok. 1,5 km rozbiegania, podjadłem japońskiej zupki,
kilka bananów, odebrałem "6-ciopak" odżywki, zrobiłem długą "sesję"
zdjęciową i poszedłem pieszo z powrotem te ok. 4 km do Motelu w
Katsujamie. Po drodze znowu sesja zdjęciowa w miejscach gdzie była jak
na dłoni "Święta" dla Japończyków góra "Fuji..."
Potem wieczorem musiałem znowu poprosić właściciela Motelu o darowanie
mi dodatkowego noclegu (za ten wcześniejszy z soboty na niedzielę
opłaciłem 6300 Yen - ok. 67 USD ) z niedzieli na poniedziałek (28/29.11
br.) gdyż na ten już nie było mnie stać finansowo (w Polsce kupiłem
tylko 30000 Yen - ok. 110 USD) gdyż czekała mnie jeszcze podróż powrotna
i drogie bilety na pociągi. Właściciel zgodził się i już byłem
zadowolony, że starczy mi pieniążków bez problemu.

Następnego dnia rano (29.11 br.) poszedłem troszkę potruchtać ok. 3 km
no i zrobić jeszcze jedną "sesją" foto na tle lepiej widocznej z rana
"Fuji..." i właściciel Motelu odwiózł mnie na dworzec (wręczyłem mu
kilka fotek z autografami i koszulkę z napisem Poland) skąd jednak
autobusem, nie pociągami jak 3 dni wcześniej, pojechałem do Tokio. Tam
po ok. godzinnej znowu "sesji" zdjęciowej pojechałem drugim autobusem na
lotnisko w "Naricie". Stąd odlot do Moskwy miałem następnego dnia
(30.11 br.) o godz.13:05), więc czekał mnie 23 godzinny pobyt z całą
nocą (na którą też już nie miałem pieniążków na motel) w terminalu. Był
to mój najdłuższy pobyt na lotnisku (kiedyś czekałem w Hawanie ok. 14
godz. i wydawało mi się to "wiecznością", a tu prawie dobę - szok!).
Dotrwałem jednak. Po spokojnym ok. 10 godzinnym locie w Moskwie na
"Szeremietewie" znowu musiałem czekać prawie 5 godz., a wylądowawszy w
Berlinie na "Szonefeldzie" spóźnionym lotem ok. 23:20 musiałem kolejną
noc (do pierwszego pociągu ok. godz. 4:30) przesiedzieć w terminalu.
Dotrwałem jednak (tym samym zaoszczędziłem Yenów w sumie za 3 noclegi no
i tamte za wpisowe) i z tym utrudnieniem w podróży, i potem już
sprawnie 7 pociągami przez Berlin Ostbhf., Lichtenberg, Kostrzyn, Krzyż,
Poznań, Wrocław do domu. Gdzie byłem wykończony (po ok. 70 godzinach
nie "zmrużenia oka") wieczorem 1.12 br. jednak zadowolony, że mam już tą
podróż poza sobą.

Z moich ok. 110 zagranicznych startów i "eskapad" ta była dla mnie
najtrudniejsza, gdyż w tym "służbowym" kraju wszystko wydawało mi się
takie dziwne, a tym samym trudne, bo "takie na baczność". W podróży
widziałem jednak jaką oni (począwszy od kilkulatków) ponoszą cenę
sukcesu: większość jest "wykończona" po szkole czy pracy i po prostu śpi
gdzie tylko może ze zmęczenia. Chociaż na co dzień to mimo wszystko
kraj bardzo uczynnych i uśmiechniętych ludzi. A ja tam się wybrałem gdyż
choć raz chciałem być w "Kraju kwitnącej wiśni", no i być choć raz w
tamtym rejonie świata (bo byłem już prawie we wszystkich, poza Europą
m.in.: Alaska, USA - Chicago, Meksyk, Kuba, Salwador, Brazylia,
Argentyna, Islandia, Kenia, Uganda, Maroko, Egipt, Tunezja, Turcja,
Cypr, Indonezja, Malezja, Australia ) i w ponad 30.krajach na naszym
"Starym" Kontynencie.
W sumie Japonia była już moim 51 krajem (na wszystkich Kontynentach),
który odwiedziłem i zobaczyłem dzięki bieganiu w swojej już 30 letniej
karierze. W sumie w tym czasie oprócz tych wspomnianych 110 zawodów
zagranicznych było jeszcze ok. 700 krajowych, a przy tym wszystkim ok.
138 tyś. przebiegniętych wraz z treningami kilometrów.
Wróciwszy do domu przywiozłem (dzięki takiej "desperacji") jeszcze 11666 Yenów (z czego 1666 dla Brata, który jest wielkim kolekcjonerem zagraniczych walut) z 30000., które zabrałem. Byłem zadowolony, bo pozostałe mi 10000 Yen zostały mi na trzy dodatkowe opłaty na grudzień w domowym budżecie. A bez tych 3 ostatnich noclegów w podróży jakoś przeżyłem. W sumie na 7 nocy tej podróży normalnie w łóżku przespałem 3, a 4 w na lotniskach, w samolotach i w pociągach. Po przyjeździe (w środę) do dziś (soboty) już to wszystko odespałem i jest OK.
























