Wybraliśmy się w te strony, ponieważ chcieliśmy się przekonać, czy Azory są tak piękne, jak w folderach. Zabraliśmy ze sobą naszą pięciomiesięczną córeczkę. Uznaliśmy, że łagodny klimat i spokojne zwiedzanie wysp, nie będą dla niej zbyt męczące.

Lecieliśmy z Warszawy przez Frankfurt do Lizbony a stamtąd na wyspę Sao Miguel. Zatrzymaliśmy się w hotelu w Furnas i zwiedzaliśmy okolicę wynajętym samochodem oglądając cuda natury niespotykane w naszym klimacie. Już na terenie naszego hotelu znajdował się wielki, przepiękny ogród i basen z ciepła wodą pochodzącą z gorącego źródła. To właśnie gorące źródła – Caldeiros – zrobiły na nas największe wrażenie. Unosi się nad nimi gęsta para wodna a ziemia wokół jest tak gorąca, ze tubylcy pieką w niej ryby umieszczając w specjalnych kopcach.

Dokoła jeziora Lagoa da Furnas prowadzi piękny szlak z egzotyczna roślinnością. Piękne kwiaty niespotykane u nas, tam ożywiały lasy, łąki, a nawet pobocza dróg. Charakterystyczne dla tych wysp są sterlicje królewskie. Zwiedzając tę wyspę zatrzymaliśmy się również w uroczym miasteczku Ponta Delgada.

Drugą część podróży spędziliśmy na Maderze. Przelecieliśmy na tę wyspę z Sao Miguel azorskimi liniami lotniczymi. Zatrzymaliśmy się w Funchal – głównym mieście Madery . Wybraliśmy się tam na mały rejs statkiem. Niestety nie udało nam się zobaczyć delfinów ale spotkaliśmy latające ryby i podziwialiśmy piękne skaliste wybrzeże Madery. Niezwykłą atrakcja była też przejażdżka serpentynami prowadzącymi wokół wyspy. Można było zobaczyć z bliska skały wybrzeża i strome zbocza nad brzegiem oceanu. Pod niewielkimi wodospadami przejeżdżaliśmy wykutymi w skale tunelami.

Zwiedziliśmy Santanę, w której można obejrzeć maleńkie, urocze domki kryte strzechą takie, w jakich kiedyś mieszkali mieszkańcy tych terenów. Następnie ogród botaniczny w Funchal z jego kolekcją kaktusów, kolorowymi dywanami z kwiatów i przechadzającymi się białymi pawiami królewskimi. W miasteczku Monte główną atrakcją dla turystów jest zjazd stromą ulicą w dół specjalnymi saniami. Wybraliśmy się także do wodospadu Risco i na wschód słońca na szczyt Pico de Areir (1810 m npm). Ostatniego wieczoru obejrzeliśmy zachód słońca na molo w Funchal, jedliśmy słodkie pieczone kasztany i sączyliśmy wino Maderę.

Wracając do Polski znowu zatrzymaliśmy się na kilka godzin w Lizbonie i odwiedziliśmy nasz ulubiony klasztor Hieronimitów i wierzę w Belem.
Córcia dzielnie przeżyła siedem lotów samolotem, jazdy serpentynami i wszelkie spacery. To były niezapomniane chwile. Chętnie wrócilibyśmy tam jeszcze.